Tag Archives: robert zemeckis

forrest gump (1994)

Zemeckis, Zemeckis, Zemeckis. Co by tu o nim napisać.  To, że nakręcił 2 wybitne filmy, może nie jest/było do końca niespodzianką, ale w takim razie dlaczego reszta jego dorobku to prawie same średniaki? Chyba, że „Powrót do przeszłości 1” i „Forrest Gump” też są średnie (czyt. na dobrym hollywoodzkim poziomie), a ja po prostu zachorowałem na nie w dzieciństwie  i nie mogę się wyleczyć? Tak czy owak w obliczu groźby przepoczwarzenia się wpisu w laurkę przechodzę od raz do wad.

FG sugeruje, że w alegoryczny sposób opowiada o czymś w rodzaju dwoistości Ameryki i jej dziejów – po jednej stronie jest swojskość, konserwa, zdrowa tkanka, moralna większość, itd; a po drugiej bunt, kontrkultura, protest, narkotyki, rokendrol, aids i zagubienie. Oczywiście cały problem Ameryki polega na tym, że te dwie Ameryki nie mogą być razem, bo zawsze coś, jak nie wojna, to choroba, ale tak generalnie to ta zbuntowana Ameryka po prostu nie rozumie, że ta może nienajmądrzejsza, ale poza tym dobra i poczciwa ją po prostu kocha i tylko z nią, tylko razem, tylko na zawsze, a Bóg zaraz, itd.

No i niby wszystko fajnie, ale czy ta poczciwa, forrestowa Ameryka naprawdę istnieje? Bo ja mam wrażenie, że prawdziwym negatywem tej zbuntowanej jest niestety Ameryka wsteczna, rasistowska, ksenofobiczna, Ameryka spod znaku McCarthy’ego, Reagana i wspierania dyktatur i jeszcze Coca-Coli, wojny Wietnamskiej i McDonaldsa. Krótko mówiąc wszystko tylko nie Ameryka „szlachetnego dzikusa” jaką zdaje się proponować Zemeckis. Wystarczy popatrzeć jak w FG pokazany zostaje problem rasizmu – mamy właściwie 2 scenki – 1. z pierwszymi czarnymi studentami na Uniwersytecie Alabamy (czyczegośtam) i 2. z przodkami Bubby, którzy od pokoleń usługiwali białym (o ile to jeszcze rasizm); więcej nie pamiętam, a przecież duża część filmu rozgrywa się na prowincji stanu, który się nazywa Alabama, czyli tak samo jak kawałek Johna Coltrane’a, nagrany z okazji tego wydarzenia, o którym Zemeckis zdaje się nie wspomina.

Czyli disney. Ale wybaczalny. Chyba dlatego, bo wystarczająco dobra historia rozgrywa się u postaci drugoplanowych takich Jenny, porucznik Dan, względnie Bubba i Matka Forresta. Któż nie lubi opowieści o prześladującym cieniu przeszłości, od którego w końcu udaje się uwolnić dzięki miłości i ciężkiej pracy by za chwilę dostać od niego ostatni nóż w plecy w postaci HIVa, albo o upadku i odkupieniu poprzez stawienie czoła przeznaczeniu skutkującym małżeństwem z pulchną pielęgniarką, albo o sukcesie zza grobu, itd? Zemeckisowi udaje się nawet uchwycić coś na kształt kompromisowego wymiaru szczęścia – Jenny osiąga je wychodząc za faceta delikatnie mówiąc mało bystrego (właściwie poświęcając się, ale o tym za chwilę), a porucznik Dan odwieszając na kołek fantazję o podzieleniu chwalebnego losu przodków i przyjmując zasadę rzeczywistości (pieniądze i pulchna pielęgniarka).

FG kończy się gdzieś w okolicach początku lat 90 i nie trzeba się specjalnie napinać, żeby odszukać w nim bajkę o szczęśliwej dekadzie, w której historia Ameryki (a może nawet całego świata) dobija do swojego logicznego końca i osiąga spełnienie. Co prawda w filmie mit ten pojawia się pod postacią nadziei związanej z Forrestem juniorem, no ale nie oszukujmy się – podziały zostały zniesione, wojny wygrane (ok, zakończone), prawa zrównane, wszyscy zatrudnieni – nareszcie można posyłać dzieci spokojnie do szkoły.

Co ciekawe, w pewnym sensie ta ostateczna sielanka jest zasługą Jenny, która niczym jakaś 2-planowa bogini płodności przeszedłszy przez piekło dała życie nadziei i zrobiwszy swoje odeszła by użyźnić ziemię. Ale tę kwestię pozostawię już doktorantom badającym problematykę płci w tekstach kultury.

powrót do przeszłosci / back to the furure (1985)

reż. Robert Zemeckis
scen. Robert Zemeckis, Bob Gale
wyst. Michael J. Fox, Christopher Lloyd

Ktokolwiek wymyślił ideę paradoksu czasowego (czasoprzestrzennego?) zasługuje na pomnik/piwo/owację na stojąco. Tylko kto to był? Na pewno nie autor histori o aniele stróżu, który przybywa z przyszłości i przynosi swojemu człowiekowi jakieś listy, już prędzej twórca tego, ale to tylko jeśli wierzyć wikipedii… A może po prostu Heinlein? Tak czy owak chwała mu (moment na refleksję nad fallocentryzmem i ogólną nędzą świata) za to, bo dzięki paradoksowi czasowemu do względnie nudnej kwestii podróży w czasie i odwiedzania ciekawych momentów w odległej przeszłości tudzież smutnych momentów w odległej przyszłości (ponadczasowy problem: jak wrócić do teraźniejszości…) doszedł autentyczny dramat braku konieczności w historii i ogólnej arbitralności świata oraz genialny temat naprawiania skutków przypadkowych ingerencji w bieg dziejów. Z czego chyba jasno wynika, że większość paradoksalno czasowych historii miewa wydźwięk raczej pesymistyczny (ewentualnie melancholijny, ewentualniej absurdalny) – myśl o kruchości rzeczywistości i wszystkich innych dziwnych konsekwencjach uznania anomalii czasowej za fakt jest raczej niepocieszająca i chyba skrajnie ateistyczna. Niewykluczone więc, że pod tym kątem PDP było czymś w rodzaju małej rewolucji. Gale i Zemeckis wzięli bazę (fajny pomysł fabularny) ale obcięli większość ponurej nadbudowy. W końcu robili wakacyjnego produkcyjniaka. Popcornową błahostkę. Filmowy odpowiednik kiepskiej zapiekanki w przyplażowym fastfudzie.

Oglądając „Powrót…” w te święta trochę bałem się, że im się udało (zrobić kiepską zapiekankę), a moja podstawówkowa fascynacja PDP była po prostu niefortunnym skutkiem zderzenia prelicealnej naiwności z fisiem na punkcie fantastycznonaukowych aspektów nauk ścisłych. Na szczęście myliłem się. Dziełko Zemeckisa daje radę, i to o dziwo nie tylko humorem i bezpretensjonalnością, ale jeszcze kilkoma innymi sztuczkami. Jedną z nich nazwijmy „My już wiemy, ale oni jeszcze nie”*. Chodzi o wszystkie (meta)momenty kiedy wiemy jak potoczą się losy danej części miasta lub danego mieszkańca, kiedy z tą wiedzą zdradza się Marty, kiedy Marty bawi się w aluzje popkulturalne (Darth Vader), kiedy opowiada o dziwności przyszłości (Ronald Reagan), kiedy ludzie z 1955 stykają się z rzeczami z 1985 i kiedy Marty gra „Johnny B Goode” (możliwe, że o czymś zapomniałem, ale to są główne rzeczy), a mieszkańcy Hill Valley ad 1955 nie wiedzą… Jest to jakaś dodatkowa rozrywka – zastanawianie się do czego odnosi się dany element danej sceny – można przetestować swoją wiedzę popkulturalną, pośmiać się z nieprzystawalności brandingu do rzeczywistości roku 1955, poodlatywać na nostalgii za amerykańskimi latami 50 (chociaż to ostatnie to już właściwie osobna sztuczka). Okazji po temu Zemeckis daje aż nadto. W końcu, tak jak my, jest zepsutym przez postmodernizm dzieckiem telewizji.

Druga sztuczką, która rzuciła mi się w oczy jest przemycenie problemu seksualności rodziców. A w szczególności matki. Zemeckis i Gale dokonali tutaj odkrycia, które umknęło Bardbury’emu i reszcie fantastycznonaukowych mózgowców – że głównym problemem z podróżami w czasie nie jest groźba zmiany biegu dziejów – o wiele bardziej przerażająca jest możliwość przekonania się czarno na białym, że mama (albo tato) ma ochotę na seks. Bruno Bettelheim uznałby to pewnie za idealny temat na bajkę. Po zdobyciu takiej wiedzy nie ma już powrotu do raju dzieciństwa – wyraźnie to widać w scenie w końcówce, w której Marty budzi się w swoim ale jednak obcym domu i spotyka swoją ale jednak nieswoją rodzinę. Nie wiem tylko dlaczego po przepracowaniu kompleksu edypa rodzina Marty’ego zmienia się z przeciętniaków w rodzinkę z obrazka – chyba powinno być na odwrót, ale o to już trzeba by było zapytać specjalistę od Freuda.

* sztuczka ta jest nawiasem mówiąc jednym z niewielu powodów dlaczego Mad Meni są czymś więcej niż przeciętną operą mydlaną