Tag Archives: faro

hańba / skammen (1968)

reż. Ingmar Bergman
scen. Ingmar Bergman
wyst. Max von Sydow, Liv Ullman

Oczywiście z jednej strony jest tutaj tragedia jednostki, pojedynczego człowieka, po którym przetacza się bezduszna machina wojny; z drugiej klasyczne bergmanowskie, z góry skazane na klęskę, toksyczne małżeństwo; z trzeciej jak zwykle rozważania o samotności (w obliczu…) i jej alternatywie, czyli życiu w związku…

Ale mi ten film utkwił w pamięci głównie ze względu na to, że wykorzystuje ciekawy motyw artysty jako najbeznadziejniejszego stworzenia jakie ewolucja i cywilizacja razem wzięte kiedykolwiek wydały na świat. Zdaje się że nie jest to temat w literaturze jakoś specjalnie rzadko spotykany – po raz pierwszy czarno na białym zetknąłem się z nim w jakimś wywiadzie z Barthes’em, gdzie filozof (?) metaforyzował, że on i jego koledzy humaniści (artysta humanista jeden pies) są skutkiem trawienia społeczeństwa. Kojarzę też warianty komediowe gdzieś u Mrożka, Canettiego, może w Operetce Gombrowicza, w sumie Vladimir i Estragon to też jakby intelektualiści, gdzie jeszcze… Może potem sobie przypomnę (starszy Wierchowieński z Biesów? Bernhardowski Kant? Pstrąg Zabijucha (jak się nazywał ten tłumacz)!? itd?). Tak czy inaczej ciekawa sprawa – tak jakby artyści chcieli dystansować się od swojego burżuazyjnego albo ostatnio-człowieczego (czy jaktotam Nietzsche nazywa) uwarunkowania, albo po prostu uskuteczniali samo-nienawiść. No bo oczywiście o zwykłej nudnej autoironii, czy parodii nie może być mowy.

No i coś w sumie jest na rzeczy. Taki przeciętny wybitny artysta jest totalnie uzależniony od społeczeństwa które przecież, zgodnie z modernistyczną normą, powinien komentować/krytykować/podważać – bo jak przyjdzie co do czego (na przykład wojna jak w „Hańbie”), to pozostają mu tylko sny o spokojnym graniu jakiegoś koncertu smyczkowego Bethovena, albo innego Haydna, a poza tym całkowite zdanie się na zaradną żonkę (u Bergmana chyba też artystkę – fallocentryzm alert).

Oraz: w „Hańbie” z jednej strony streszcza się bergmanowskie spojrzenie na  upadki i wzloty małżeństwa/związku, ale z drugiej pojawia się świadomość, że wobec realnego zagrożenia wszystkie te średnioklasowe patologie nagle tracą znaczenie, ale z trzeciej okazuje się, że mimo wszystko nadal powracają. I to jest w tym filmie fajne.

Reklamy