Tag Archives: ameryka

forrest gump (1994)

Zemeckis, Zemeckis, Zemeckis. Co by tu o nim napisać.  To, że nakręcił 2 wybitne filmy, może nie jest/było do końca niespodzianką, ale w takim razie dlaczego reszta jego dorobku to prawie same średniaki? Chyba, że „Powrót do przeszłości 1” i „Forrest Gump” też są średnie (czyt. na dobrym hollywoodzkim poziomie), a ja po prostu zachorowałem na nie w dzieciństwie  i nie mogę się wyleczyć? Tak czy owak w obliczu groźby przepoczwarzenia się wpisu w laurkę przechodzę od raz do wad.

FG sugeruje, że w alegoryczny sposób opowiada o czymś w rodzaju dwoistości Ameryki i jej dziejów – po jednej stronie jest swojskość, konserwa, zdrowa tkanka, moralna większość, itd; a po drugiej bunt, kontrkultura, protest, narkotyki, rokendrol, aids i zagubienie. Oczywiście cały problem Ameryki polega na tym, że te dwie Ameryki nie mogą być razem, bo zawsze coś, jak nie wojna, to choroba, ale tak generalnie to ta zbuntowana Ameryka po prostu nie rozumie, że ta może nienajmądrzejsza, ale poza tym dobra i poczciwa ją po prostu kocha i tylko z nią, tylko razem, tylko na zawsze, a Bóg zaraz, itd.

No i niby wszystko fajnie, ale czy ta poczciwa, forrestowa Ameryka naprawdę istnieje? Bo ja mam wrażenie, że prawdziwym negatywem tej zbuntowanej jest niestety Ameryka wsteczna, rasistowska, ksenofobiczna, Ameryka spod znaku McCarthy’ego, Reagana i wspierania dyktatur i jeszcze Coca-Coli, wojny Wietnamskiej i McDonaldsa. Krótko mówiąc wszystko tylko nie Ameryka „szlachetnego dzikusa” jaką zdaje się proponować Zemeckis. Wystarczy popatrzeć jak w FG pokazany zostaje problem rasizmu – mamy właściwie 2 scenki – 1. z pierwszymi czarnymi studentami na Uniwersytecie Alabamy (czyczegośtam) i 2. z przodkami Bubby, którzy od pokoleń usługiwali białym (o ile to jeszcze rasizm); więcej nie pamiętam, a przecież duża część filmu rozgrywa się na prowincji stanu, który się nazywa Alabama, czyli tak samo jak kawałek Johna Coltrane’a, nagrany z okazji tego wydarzenia, o którym Zemeckis zdaje się nie wspomina.

Czyli disney. Ale wybaczalny. Chyba dlatego, bo wystarczająco dobra historia rozgrywa się u postaci drugoplanowych takich Jenny, porucznik Dan, względnie Bubba i Matka Forresta. Któż nie lubi opowieści o prześladującym cieniu przeszłości, od którego w końcu udaje się uwolnić dzięki miłości i ciężkiej pracy by za chwilę dostać od niego ostatni nóż w plecy w postaci HIVa, albo o upadku i odkupieniu poprzez stawienie czoła przeznaczeniu skutkującym małżeństwem z pulchną pielęgniarką, albo o sukcesie zza grobu, itd? Zemeckisowi udaje się nawet uchwycić coś na kształt kompromisowego wymiaru szczęścia – Jenny osiąga je wychodząc za faceta delikatnie mówiąc mało bystrego (właściwie poświęcając się, ale o tym za chwilę), a porucznik Dan odwieszając na kołek fantazję o podzieleniu chwalebnego losu przodków i przyjmując zasadę rzeczywistości (pieniądze i pulchna pielęgniarka).

FG kończy się gdzieś w okolicach początku lat 90 i nie trzeba się specjalnie napinać, żeby odszukać w nim bajkę o szczęśliwej dekadzie, w której historia Ameryki (a może nawet całego świata) dobija do swojego logicznego końca i osiąga spełnienie. Co prawda w filmie mit ten pojawia się pod postacią nadziei związanej z Forrestem juniorem, no ale nie oszukujmy się – podziały zostały zniesione, wojny wygrane (ok, zakończone), prawa zrównane, wszyscy zatrudnieni – nareszcie można posyłać dzieci spokojnie do szkoły.

Co ciekawe, w pewnym sensie ta ostateczna sielanka jest zasługą Jenny, która niczym jakaś 2-planowa bogini płodności przeszedłszy przez piekło dała życie nadziei i zrobiwszy swoje odeszła by użyźnić ziemię. Ale tę kwestię pozostawię już doktorantom badającym problematykę płci w tekstach kultury.

# zjednoczone stany nadinterpretacji

1. Drzewo życia (Malick, 2011). Aż chciałoby się powiedzieć, że Malick skończył się na „Badlands”, a potem kręcił już tylko wizualnie piękne, ale puste w środku poematy, ale niestety prawda jest taka, że w tych późniejszych filmach też jest sporo dobrych fragmentów. Na przykład „Drzewo życia” jest prawie całe dobre. Niektórzy czepiają się że kontrast między światopoglądem ojca i matki jest zbyt oczywisty, ale mi to nie przeszkadzało. Nawet dinozaury były w jakimśtam naiwnym (ale chyba niechrześcijańskim?) sensie uzasadnione. O dorastaniu pod okiem zwariowanego ojca nie wspominam, bo jak jest każdy widzi. Film psuje się dopiero w momencie kiedy Brad Pitt traci pracę i nagle wszyscy idą do czegoś w rodzaju nieba. Nawet nie zastanawiam się o co w tym chodzi – moim zdaniem Malick po prostu wystraszył się perspektywy 5-godzinnego filmu i czym prędzej podsumował całą historię „głęboką” metaforą (już wolałbym zakończenie a’la „Szymon Słupnik” Bunuela). Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że Sean Penn jest na ekranie przez około 15 minut i właściwie nie wiadomo po co?

No chyba że Malick chciał nakręcić coś w rodzaju „Białej Wstążki” tylko że o obecnym kryzysie i generalnie o mentalności współczesnej Wall Street – dlatego potrzebne było te kilkanaście minut współczesnego wątku, żeby widz miał kontekst interpretacyjny dla części dziejącej się w latach 50. Oczywiście żartuję.

2. Pojedynek na szosie (Spielberg, 1971). Gościa goni przestarzała cysterna z ropą, napięcie sięga szczytów w tego typu scenach, kiedy bohater tak na prawdę mógłby po prostu wysiąść z samochodu i oszczędzić sobie stresu, no i [spoiler] uwolnienie się od prześladowcy następuje dopiero wtedy kiedy auto ulega awarii, a nasz everyman dojrzewa do decyzji o rozstaniu się z nim. Założę się, że Spielberg chciał po prostu nakręcić pozbawioną drugiego dna prostą dreszczowcową etiudkę. Ale jak tu się bać kiedy przez szpary kafkowskiej akcji na każdym kroku wyłazi słuszne przesłanie o potrzebie uniezależnienia się od motoryzacji, a w dalszej perspektywie pewnie też od przemysłu, opartych na ropie.

cdn

malcolm x (1992)

reż. Spike Lee
scen. Spike Lee, Arnold Perl
wyst. Denzel Washington

Kto powiedział, że filmy powinny mieć max 2 godziny? Malcolm X ma 3 i pół i wciąż, moim zdaniem, jest za krótki. Nawet nie w tym sensie, że mogłoby być więcej o okresie gangsterskim, albo o przemianie w więzieniu, albo więcej wykładów, dyskusji, szczegółów kariery medialnej. Bardziej dlatego, bo chętnie obejrzałbym dalsze etapy intelektualnej odysei Malcolma, która w filmie (i w życiu) kończy się na przyjęciu (standardowego) islamu – krótko po tym X zostaje zamordowany. No to teraz wyobraźmy sobie, że przeżywa zamach. Dlaczego jego cykl rozczarowań ideologiami miałby się kończyć na religii m.in. drastycznie dyskryminującej kobiety (zawieszam pytanie, czy w latach 60 było to tak samo ewidentne jak teraz – zresztą jak nie ta, to jakaś inna dziura na pewno by się znalazła, w końcu Malcolm X miał dopiero 40stkę i do starczego konserwatyzmu jeszcze kawał drogi (chyba)). W alternatywnej wersji X odkrywa, że islam też nie jest doskonały. Dalej ma do wyboru dwie drogi: zerwanie z islamem i przyłączenie się np. do ruchu praw kobiet (który po jakimś czasie okazuje się z kolei za wąski), lub jakaś herezja w ramach islamu. I tak dalej. Permanentna rewolucja.

Wracając do filmu. Lee robi tu wszystko jak należy: żongluje scenami intymnymi i „epickimi”, przeskakuje od dokumentu do poezji i z powrotem, kiedy się da przełamuje sceny humorem, nie cenzuruje radykalizmu Xa (kury wracające do kurnika!), a dodatkowo zapodaje delikatną wersję mojego ulubionego motywu historii jako tła (w końcu to biografia Postaci, ale chyba obeszła by się bez Joe Louisa w radiu, koncertu Billie Holiday i np. humorystycznych wstawek z podsłuchami FBI). A jakby tego było mało, stawia jeszcze dobre pytanie – czy absurd rasizmu można było zwalczyć tylko absurdem Narodu Islamu*?

* swoją drogą wiele dogmatów Narodu brzmi dziwnie leninowsko, np. „białe diabły” to jakby odpowiednik obiektywnej winy burżuja, już nie mówiąc o metaforze murzyna domowego i polowego, która jest nie tyle leninowska co po prostu uniwersalna

szybko #c’era una volta

1. Dawno temu w Ameryce (Leone, 1984). Bardzo lubię ten film, ale po obejrzeniu go ostatnio po raz n-ty doszedłem do wniosku (pewnie częściowo wskutek syndromu n-tej lektury*), że Leone zrobił po prostu historię o serii erotycznych porażek. A jeżeli nie porażek, to przynajmniej niespecjalnie udanych aktów seksualnych. W jego ujęciu Klucha i spółka to gang najbardziej pechowych kochanków w dziejach ludzkości. Albo zjadają swoje przepustki do majtek dziewczyn (scena z kremówką), albo za szybko dochodzą (pierwszy raz na koszt dzielnicowego), albo w ogóle nie mogą dojść (napad na jubilera), a kiedy już się wydaje że Klucha w końcu wydupczy Deborę (wbrew jej woli, no ale cóż…), to szofer zatrzymuje się i każe wysiadać. Ostatecznie o jedynym w całym filmie udanym numerku (przejażdżka karawanem po tym jak Noodles wychodzi z więzienia) dowiadujemy się po fakcie z luźnej uwagi rzuconej przez rudą truposzkę. I nawet jeśli doszukiwanie się porażek seksualnych w DTWA jest trochę jak twierdzenie, że Top Gun opowiada o homoseksualnej miłości (a przecież wszyscy wiedzą, że przede wszystkim opowiada o… yyy… ściganiu się myśliwcami… chyba?), to nie wolno zapominać, że głównym bohaterem ostatniej części amerykańskiej trylogii Leone jest żyd z Nowego Jorku. Więc…

A co do słynnej teorii, według której cały wątek w roku 68 jest opiumowym snem Kluchy mam jedno pytanie: jakim cudem Klucha w 1933 przewidział, że w 1968 będzie istniała piosenka Beatlesów pt. „Yesterday”, że Nowy Jork będzie miał logo z Wielkim Jabłkiem, że Robert Indiana zrobi rzeźbę LOVE, itd…?

2. Garść dynamitu (Leone, 1971). Wątki lewicowe w różnych formach przewijają się przez całą trylogię (nazywaną przez niektórych marksistowską historią Ameryki – taaaaa…), ale tylko tutaj maestro pozwolił sobie na umieszczenie ich w fabularnym, emocjonalnym, tematycznym, etc centrum. Rewolucja Meksykańska, Pancho Villa, cytat z Mao, James Coburn jak pirotechnik IRA. Głębokie toto nie jest, ale broni się takimi sekwencjami jak sam początek z „zemstą chłopów”.

3. Dawno temu na dzikim zachodzie (Leone, 1968). Leone kocha kicz. Może w „Ameryce” tak bardzo tego nie widać, ale już w „Dynamicie” i „Zachodzie” są takie momenty, że w promieniu kilometra trzęsą się święte obrazki. Szczególnie kiedy w kadrze pojawia się Charles Bronson. Spalony na brązowo jeździec znikąd z nieodłącznym bananowym uśmieszkiem – kiedy gra na harmonijce to muzyka aż dobiega z offu, bo gdyby dobiegała z harmonijki to by było zbyt normalne.

* przy każdej kolejnej lekturze dostrzega się coś nowego. więc przy n-tej lekturze pozostają już tylko dziwne szczegóły

mr. freedom (1969)

reż. William Klein
scen. William Klein
wyst. John Abbey, Delphine Seyrig, Serge Gainsbourg

Po Europie rozlewa się czerwona zaraza – zagrożona jest Francja, a w dalszej perspektywie niestety także amerykański styl życia. W związku z tym władca Ameryki, dr Freedom, wysyła na Stary Kontynent swojego najlepszego superbohatera – Mistera Freedom – amerykańskiego jak hamburger z colą i płaskiego jak plakat z Wujkiem Samem kowboja w przebraniu footballisty, którego paranormalne umiejętności to gładka gadka i posunięty do granic absurdu fanatyzm. Jego głównym celem jest odnalezienie swojego francuskiego odpowiednika, Kapitana Formidable, oraz znautralizowanie przywódców komunistów – Mudżik Mana i Czerwonego Chinola…

Zarys fabuły przytaczam tylko i wyłącznie z powodu skrajnej niszowości dziełka Kleina. Tak naprawdę akcja nie ma większego znaczenia i prawie w 100% podporządkowana jest parodii amerykańskiej polityki zagranicznej z czasów eskalacji zimnej wojny. W formie przygód pana Wolność otrzymujemy więc dość czytelny „komentarz” do np. amerykańskiego wysiłku propagandowego (mr Freedom non stop organizuje wiece, na których opowiada o Land of Opportunities), zimnowojennego impasu dyplomatycznego (starcia z Mudżik Manem i Czerwonym Chinolem) i potencjalnej nuklearnej apokalipsy (Freedom wyposażony jest w Mega Ładunek).

Koniec końców wiernośc tematowi polityki amerykańskiej staje się gwoździem do trumny filmu Kleina. Gdzieś w połowie nagle robi się dziwnie poważnie i generalnie przestaje być wiadomo o co chodzi. Wątki się plączą, jakieś dziecko mówi panu Freedom, że się go boi, a nasz bohater doznaje w tym momencie takiego szoku, że kompletnie rozwala mu się spójny dotąd światopogląd. I tak do końca.

Inna sprawa, że mało kto ogląda „Mr. Freedom” ze względu na treść. Jeżeli film przejdzie do historii kina to raczej z powodu oryginalnej formy. To co Klein robi ze scenografią, kostiumami, a nawet grą aktorską i plenerami jest niesamowite, a czasami nawet wybitne. Wizualnie wymiata. W wikipedii wyczytałem, że zanim zajął się kręceniem filmów facet był gwiazdą francuskiego Vogue i fotograficznym rewolucjonistą – i wszystko jasne.