# zjednoczone stany nadinterpretacji

1. Drzewo życia (Malick, 2011). Aż chciałoby się powiedzieć, że Malick skończył się na „Badlands”, a potem kręcił już tylko wizualnie piękne, ale puste w środku poematy, ale niestety prawda jest taka, że w tych późniejszych filmach też jest sporo dobrych fragmentów. Na przykład „Drzewo życia” jest prawie całe dobre. Niektórzy czepiają się że kontrast między światopoglądem ojca i matki jest zbyt oczywisty, ale mi to nie przeszkadzało. Nawet dinozaury były w jakimśtam naiwnym (ale chyba niechrześcijańskim?) sensie uzasadnione. O dorastaniu pod okiem zwariowanego ojca nie wspominam, bo jak jest każdy widzi. Film psuje się dopiero w momencie kiedy Brad Pitt traci pracę i nagle wszyscy idą do czegoś w rodzaju nieba. Nawet nie zastanawiam się o co w tym chodzi – moim zdaniem Malick po prostu wystraszył się perspektywy 5-godzinnego filmu i czym prędzej podsumował całą historię „głęboką” metaforą (już wolałbym zakończenie a’la „Szymon Słupnik” Bunuela). Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że Sean Penn jest na ekranie przez około 15 minut i właściwie nie wiadomo po co?

No chyba że Malick chciał nakręcić coś w rodzaju „Białej Wstążki” tylko że o obecnym kryzysie i generalnie o mentalności współczesnej Wall Street – dlatego potrzebne było te kilkanaście minut współczesnego wątku, żeby widz miał kontekst interpretacyjny dla części dziejącej się w latach 50. Oczywiście żartuję.

2. Pojedynek na szosie (Spielberg, 1971). Gościa goni przestarzała cysterna z ropą, napięcie sięga szczytów w tego typu scenach, kiedy bohater tak na prawdę mógłby po prostu wysiąść z samochodu i oszczędzić sobie stresu, no i [spoiler] uwolnienie się od prześladowcy następuje dopiero wtedy kiedy auto ulega awarii, a nasz everyman dojrzewa do decyzji o rozstaniu się z nim. Założę się, że Spielberg chciał po prostu nakręcić pozbawioną drugiego dna prostą dreszczowcową etiudkę. Ale jak tu się bać kiedy przez szpary kafkowskiej akcji na każdym kroku wyłazi słuszne przesłanie o potrzebie uniezależnienia się od motoryzacji, a w dalszej perspektywie pewnie też od przemysłu, opartych na ropie.

cdn

wojaczek (1999)

reż. Lech Majewski
scen. Lech Majewski, Maciej Melecki
wyst. Krzysztof Siwczyk, Andrzej Mastalerz, Dominika Ostałowska, Robert Gawliński

Pierwsze skojarzenie jakie miałem po ostatnim obejrzeniu to „Last Days” Van Santa, ale to jednak są zupełnie inne filmy. U Van Santa z tego co pamiętam można wyczytać totalną niezgodę na zrozumienie tamtej śmierci – ona do niczego nie pasuje, pojawia się znikąd, gość łazi sobie po lesie, jest fajnie, ma fajny dom, jakichś znajomych i nagle jeb. Koniec. Natomiast tutaj autodestrukcja sygnalizowana jest w zasadzie od pierwszej sceny, czyli od słynnego wyjścia przez okno i trzeba by Wojaczka posądzać o naprawdę wyszukaną pozę, żeby nie domyślać się jak skończy.

Facet, jeżeli akurat nie kombinuje jak się zabić, to w jakiś sposób protestuje przeciw rzeczywistości. Poza piciem i pisaniem, specyficznym elementem tego buntu jest przedrzeźnianie. Świata, ludzi, języka. Wojaczek cały czas pozuje, naśladuje, wykonuje teatralne gesty, deklamuje. Tak jakby chciał zostać krzywym lustrem, w którym odbije się głupota świata. Co nawiasem mówiąc też jest chyba pragnieniem autodestrukcyjnym.

Zdaje się, że Krzysztof Siwczyk zebrał za swoją rolę sporo pochwał. No i rzeczywiście – niesie ten film na plecach przez 1,5 h i ani na chwilę nie upuszcza. Jak na amatora-debiutanta niezły wyczyn. Tyle że oglądając ostatnio pomyślałem, że gra może trochę za bardzo na jedną nutę. Wszystkie deklamacje są mniej więcej w tym samym, patetycznym stylu – to samo popisy aktorskie. Brakuje przynajmniej odrobiny lekkości. Bez niej Wojaczek wychodzi po prostu na przeciętnego aktora.

A tak w ogóle to „Wojaczek” wcale nie jest o Wojaczku. Nie wiem w ilu dokładnie scenach pojawia się poeta, ale na pewno nie we wszystkich. Za to we wszystkich scenach pojawia się prowincjonalna Polska ad. ~1970. Beznadziejne uliczki, odrapane mury, mieszkania, bary mleczne, sklepy, ciągle gadające radio, transparenty ze sloganami, Teatr Sensacji „Kobra”, no i oczywiście zespół o tajemniczej nazwie „Sekret” (oficjalnie najśmieszniejsza kapela w dziejach kina). Wszechobecna nijakość. Ale w obiektywie Majewskiego ta nijakość staje się prawie sympatyczna. Może to efekt lekkiej karykatury, inspiracji czeską nową falą*, albo po prostu (nie)szczęśliwy przypadek, ale aż chciałbym tam zamieszkać. Tym bardziej, że w filmie jakoś specjalnie nie widać, że w pewnym momencie akcja z zadupia (Mikołowianie: nie oszukujcie się;)) przenosi się do Wrocławia, czyli jednak dużego miasta. Ale może w tamtych czasach to nie była taka wielka różnica.

* czy w ogóle istnieje portret wschodnioeuropejskiej małomiasteczkowej prowincji ad 1950/70, który nie wygląda jak czeska nowa fala?

sprawy ostateczne #finlandia

A może by tak pierdolnąć wszystko i wyjechać do Finlandi…?

# (głównie kiepskie) filmy które widziałem w przeciągu ostatnich kilku miesięcy

1. Dzień Szarańczy (Schlesinger, 1975). „Nocny kowboj” jest genialny, „Billy kłamca” przeciętny, „Sunday bloody sunday” w porządku, a „Maratończyka” nie pamiętam, mimo że oglądałem conajmniej 2 razy. „Darling” i „Sokół i Koka” czekają jeszcze w kolejce, ale już teraz coś czuję, że Schlesinger po prostu nie jest wielki. Wyszedł mu jeden film z Dustinem Hoffmanem i tyle – reszta to może i z reguły ambitne, ale z reguły nudnawe wytwory (czyli prawie przypadek Mike’a Nicholsa!). W „Dniu…” położył nawet całkiem fajną finałową sekwencję apokaliptyczną wstawiając do niej toporne obrazki głównego bohatera – tak na wypadek gdyby widownia nie zrozumiała. Wcześniej są marzenia, rozczarowania, hejterzenie na hollywood – znam lepsze filmy o tych samych rzeczach.

2. Lampart (Visconti, 1963). Visconti najpierw robił całkiem przyzwoity neorealizm, a potem zaczął robić campowe obrazki z życia wyższych sfer. Pamiętam jak jeszcze w liceum próbowałem obejrzeć „Portret rodzinny we wnętrzu” i zasnąłem. Może nie jest to najlepsza anegdota, ale filmy Viscontiego z tego drugiego okresu też nie są najlepsze.

3. Melancholia (von Trier, 2011). Film apokaliptyczny, w którym Ziemi nie udaje się w ostatniej chwili uratować marzył mi się już od dawna – może dlatego jestem odrobinę rozczarowany. Ale tylko odrobinę. Bo generalnie podobało mi się. Jestem nawet gotów wybaczyć drewniany wątek z hasłem reklamowym i zalatujące drewnem toasty weselne. W ostatniej scenie Melancholia nadlatuje zza pleców Kristen Dunst i to jest genialna ilustracja jej pragnienia, by Ziemia i życie (hipoteza jedynej Ziemii?) uległy zniszczeniu. Camus chyba coś o tym pisał w „Człowieku Zbuntowanym”…

4. Bamboozled (Lee, 2000). Szkoda tego filmu, bo zaczyna się całkiem nieźle (i to nie „jak na komedię problemową” tylko w ogóle), a potem leci na łeb na szyję, ręka noga mózg na ścianie.

5. Streetwise (Bell, 1984). „Moje własne Idaho”, ale bez Szekspira, pięknych chłopców, bajkowości i przede wszystkim bez fikcji. 13-latki kurwią się na ulicach (chyba) Seattle i marzą o normalnych rodzinach, willach, rolce royce’ach i diamentach, a ich rodzice jeżeli w ogóle są osiągalni to tylko w więzieniu, albo w kałuży rzygów. Po obejrzeniu takiego dokumentu człowiek powinien się załamać, ale niestety z jednej strony dystans czasowy, z drugiej geograficzny, z trzeciej obejrzało się w telewizji już za wiele strasznych rzeczy, z czwartej estetyka tragedii, itd… Przypomina mi się historia fotografa, który zrobił słynne zdjęcie głodującego dziecka z sępem w tle (Kevin Carter) i po jakimś czasie się zabił. Zachód skonsumował sobie za pośrednictwem zdjęcia trochę wzruszeń, ktoś może wysłał jakieś pieniądze, a klęska głodu w Afryce trwa. A dzieci dalej się kurwią. A pociąg jedzie dalej.

6.  Swingers (Liman, 1996). Mimo słabości do amerykańskiego kina niezależnego z lat 90 (właściwie w całości, a nie tylko spod znaku Smitha i Tarantino) debiut Limana jest dla mnie nie do przełknięcia. Za dużo klisz, słabych cytatów, nieudolnego kopiowania „mistrzów”Czyli niby to samo co w innych indie produkcjach, ale jednak tam zdarza się coś więcej – jakaś ujmująca naiwność, próby opisania wycinka życia, dla którego nie ma miejsca w mainstreamie, itd. A tutaj czerstwa kupa.

7. Szał (Hitchcock, 1972). Katastrofa. I to tym smutniejsza, że nie absolutna. B-movie z przebłyskami geniuszu, które tylko wyostrzają ogólne kiepskie wrażenie. Do 1972 w kinie zdarzyło się już za wiele rzeczy – giallo ma prawie 10 lat, rok wcześniej wyszła „Mechaniczna Pomarańcza”, za chwilę pojawi się „Głębokie Gardło”, itd. Właściwie jakby się zastanowić, to już „Ptaki” (1963) były trochę nie na czasie (wystarczy spojrzeć co robiło się wtedy w Europie), ale przynajmniej nie próbowały „nadążać”.

8. Night moves (Penn, 1975). Nawet nie neo-noir tylko najzwyczajniejszy noir i jako taki nawet całkiem niezły, ale jednak o kilkadziesiąt lat spóźniony. Brakuje tego czegoś poza ciekawą intrygą co ratuje dobre neo-noiry – może gdyby Penn bardziej skupił się na zmierzchu hipisizmu, albo powiedział coś nt. narkowojny. A tak zostaje zabawny cytat o „Mojej nocy z Maud”.

9. Nagie miasto (Dassin, 1948). Dla fanów komisarza Maigreta. Ja komisarza Maigreta nie lubię. Nie jest ani tak ponury, sarkastyczny i cool jak Phillip Marlowe, ani tak absurdalnie wszystkowiedzący i ekscentryczny jak detektywi brytyjscy. Krótko mówiąc ani ciepły ani zimny. Noir dla ubogich (duchem).

10. Harry twój prawdziwy przyjaciel (Moll, 2000). Nawet nie wiem po co to tu wrzuciłem. Tzn. wrzuciłem bo obejrzałem – czasem zdarza mi się obejrzeć film tylko dlatego, bo przeczytam na imdb że był w konkursie w Cannes. A potem zastanawiam się z jakiego drzewa oni biorą kryteria przyjęcia do konkursu.

11. Pokój syna (Moretti, 2001). Cannes chyba częściej niż inne festiwale bywa tym czym powinien być dobry festiwal filmowy – barometrem trendów, ręką na pulsie, relacją z pierwszej linii frontu… Krótko mówiąc jeżeli dzieje się coś ciekawego, to prawdopodobnie tam będzie. Ale z drugiej strony Cannes bywa też trybuną polityczną (Człowiek z żelaza, Farenheit 9/11), kółkiem wzajemnej adoracji i pewnie jeszcze kilkoma innymi rzeczami, i wtedy Złotą Palmę dostają takie filmy jak „Pokój Syna”.

12. Kod nieśmiertelności (Jones, 2011). A co z gościem, którego ciało przejął Jake Gyllenhall? Dla niego nie było happy endu.

13. Hamlet robi interesy (Kaurismaki, 1987). Gra aktorska nie istnieje, reżyser się nie przemęcza, zdjęcia mógłby robić absolwent technikum budowlanego z 2-tygodniowym kursem włączania kamery. I o to chodzi. Czego prawdziwym fanom (tudzież piewcom postironii) chyba nie muszę tłumaczyć. Kiedyś w tv widziałem wywiad, w którym mistrz stwierdził, że jedyny powód dla którego jego dzieła robią jakąkolwiek karierę jest globalny spadek jakości produkowanych współcześnie filmów. Czyli że jego stylistykę niskiej jakości możnaby odczytywać jako komentarz do ogólnego upadku sztuki filmowej? Nie wiem. Nieważne. W każdym razie w „Hamlecie…” wyczuwam kpinę ze sztuki jako takiej – z Szekspira, z pretensji artystycznych kina. I to taką kpinę, która nie proponuje nic w zamian, bo rozrywki u Kaurismakiego raczej niewiele*, pochylenia nad człowiekiem, przynajmniej moim zdaniem, jak na lekarstwo, a lewicowości (o którą coponiektórzy fińskiego Wajdę skłonni są posądzać) to już w ogóle ni huhu. A mimo to większość tych filmów ma dziwnie optymistyczny wydźwięk. Tak jakby jakiś frasobliwy budda głosił przez nie radosne przesłanie, że ostatecznie kogo to właściwie wszystko obchodzi?

* co do tego braku rozrywki to może trochę przesadziłem – w pewnym momencie w filmach Kaurismakiego zaczynają śmieszyć coraz dziwniejsze rzeczy. Np. w „Hamlecie…” nie wiem dlaczego rozśmieszyło mnie, że główny bohater wybierając się do Anglii pakuje do walizki m.in. zapakowaną próżniowo kiełbasę.

miral (2010)

reż. Julian Schnabel
scen. Rula Jebreal
wyst. Freida Pinto, Hiam Abbass, Willem Dafoe

W Persepolis też była prawdziwa historia normalnej dziewczyny, która w trudnych czasach żyje w trudnym kraju. I tam też nie wiedziałem o co tak naprawdę chodzi. O to żeby pokazać zachodnim burżujom, że tam też mieszkają normalne dziewczyny? Takie nienoszące burek, słuchające rockendrola, chcące po prostu kochać? A może o to, żeby sprzedać burżujom jakiś plasterek dziejów tych turbulentnych Iranów, Izraeli, itp*? Jeżeli tak, to trochę mało. Jedyny kraj który by mnie dzisiaj pod tymi kątami (normalnych dziewczyn i plasterka historii) interesował to Korea Północna – bardzo jestem ciekaw czy jakiś z aspektów kapitalistycznej zgnilizny jest na tyle perfidny że zdołał przeniknąć przez barierę zamordyzmu, polityki, kultury, wychowania i czego tam jeszcze**… Bo co do reszty świata, to normalne dziewczyny, w mniejszym lub większym stężeniu posiada ona z definicji, więc nie ma co wokół tego faktu robić strasznego halo.

Na szczęścia Schnabla oprócz człowieka interesuje też trochę polityka. A na jeszcze większe szczęście, w przeciwieństwie do Satrapi, nie próbuje patrzeć na nią z naiwnej perspekywy dziecka czy licealisty (straż rewolucyjna ściga za noszenie koszulek z Iron Maiden = Chomeini jest zły***). Przykład: w jednej z pierwszych, chyba lekko autoironicznych (?), scen pojawia się u niego Vanessa Radgrave i prosi o zostawienie polityki za drzwiami (czy coś w tym guście). Haha. Ha. OK, Schnabel może nie wali po oczach porpalestyńską propagandą, ale raczej trudno nie zauważyć, że w gruncie rzeczy stoi na tym samym stanowisku co my wszyscy – oprawcami są Żydzi, a ofiarami Palestyńczycy. Jakoś tak się utarło. Co prawda Palestyńczycy od czasu do czasu strzelają sobie jakiegoś samobója, ale generalnie Fight the Power, Free Palestine, rozwiązanie dwu…, i tak dalej. Chyba znowu poczekamy zobaczymy kto miał rację. Poza tym, kontynuując offtopic, czy na świecie naprawdę nie ma ważniejszych Spraw? Nawet jeżeli aktualnie konflikt w Izraelu znalazł się trochę w cieniu północnej Afryki, to mam wrażenie, że wciąż pozostaje dyżurną-kwestią-polityczną. Na innych końcach świata ludzie mogą ginąć setkami, ale wystarczy, że od Izraelskiej rakiety zginie 2 palestyńskich dzieci i już ktoś o tym pisze. Może ludzi zafascynował ten niespodziewany plot twist – idealna ofiara stała się delikatnie mówiąc idealnym squrczysynem. A może chodzi o to, że Izrael jest ostatnim cywilizowanym państwem gdzie jeszcze uskutecznia się apartheid?? A może to jest taka centralna metafora całego świata podzielonego na judeo-chrześcijański zachód i islamsko-… wschód (czyli w domyśle, rozwiązawszy ten konflikt wkroczymy w erę międzyplanetarnego pokoju, wilk legnie z jagnięciem, itd)???

A tak swoją drogą, to „Miral” jest w porządku. Przyjemnie się ogląda, zawiera ten ubogacający wątek przezwyciężania różnych doczesnych przeciwności i stawiania na swoim, poza tym kilka refleksji o niespełnieniu, sile sióstr, sensie przemocy. Z rzeczy niepodjętych rzuca się w oczy kwestia udupienia kobiet w islamie – po seansie możnaby nieomal odnieść wrażnie, że w Palestynie panuje prawie równouprawnienie. Zresztą może panuje? Nie wiem, nie byłem. A jeżeli jednak nie panuje, to cóż… Oglądałem filmy, w których photoshopu było o wiele więcej.

* no bo historii zderzeniu jednostki z historią (np. w stylu wczesnego Wajdy!) jakoś specjalnie tu nie widzę. A metafory a’la Forrest Gump to już w ogóle.
** zdaje się, że ostatnio pokazali tam po raz pierwszy „Podkręć jak Beckham”, więc północnokoreańska „normalna dziewczyna” mogłaby się okazać trochę mniej waniliowa od swoich irańskich i palestyńskich koleżanek.
*** dawno oglądałem, więc mogę się mylić, ale Persepolis było chyba kolejnym odcinkiem serialu „Wyzwolenie z konserwy poprzez obcowanie z popkulturą”

sprawy ostateczne #zmartwychwstanie

-.-.-.-.-

ALTERNATE POWER
ALL SYSTEMS READY
RESTORING LIFE FUNCTIONS

-.-.-.-.-

Ostatnio nie miałem czasu na filmy bo dopadło mnie uzależnienie od kryminałów (zacząłem nawet czytać „Klub Dantego” – w którym kręgu smażą się autorzy hiperpoprawnych politycznie, pretensjonalnie popularnonaukowych detektywistycznych smętów?) i Fallouta 1 i 2 (+1000 do Zajebistości za aluzje do „Dobrego, złego i brzydkiego”, „Pinkiego i Mózga”, „2001 Odysei Kosmicznej”, itd).

#docudrama

1. 127 godzin (Boyle, 2010). Boyle chyba trochę wystraszył się potencjalnego minimalizmu historii, która przez 90% czasu rozgrywa się w niewielkiej i mało efektownej szczelinie skalnej zaludnionej przez jedną unieruchomiona i odciętą od świata postać. Dlatego jego najnowsze dziełko cierpi momentami na inflację środków wyrazu – wspomnienia, halucynacje, przeskakiwanie między rodzajami taśm, montaż przy którym „Chungking Express” wygląda jak „Satantango”… Wszystko byleby widz ani przez chwilę się nudził. No i rzeczywiście – nie nudzi się. Ale co z tego, skoro w imię rozrywki poświęcony zostaje autentyczny dramat bezradności i konfrontacji ze śmiercią? A moment wybawienia bohatera i związana z nim przemiana duchowa pojawiają się ex machina w postaci cukierkowej halucynacji? Obawiam się, że nici. Niemniej Boylowi należy się plus na zachętę za to, że mimo wszystko nie spoczywa na laurach, podejmuje się w jakimśtam sensie odważnych projektów i wciąż idzie w tym swoim Boylowym kierunku badania granic człowieczeństwa.

2. Fair Game (Liman, 2010). Mimo niewczesności tematu (administracja Busha sfałszowała dowody na program atomowy Sadama? serio serio?) twórcom udaje się przez jakiś czas pożerować na uzadnionym wkurwie międzynarodowej siatki pacyfistycznych wykształciuchów. Ale po zdobyciu (przynajmniej mojego) serca i umysłu nie bardzo wiedzą co dalej robić i zupełnie bez sensu pakują się w dramat rodzinny, żeby zaraz potem zakończyć odą na cześć demokracji, społeczeństwa obywatelskiego i tego typu bajek. Śmiech na sali.

3. Touching the void (MacDonald, 2003). Zajebista świecka historia o nie-cudownym ocaleniu. Bije „127 godzin” na głowę pod każdym względem, poczynając od poziomu autorefleksji Joe Simpsona, przez rozmiar koszmaru, a na wysiłku jaki musiał zostać włożony w przeżycie kończąc*. Jest coś niesamowitego w momencie kiedy Simpson właściwie pogodziwszy się już ze śmiercią decyduje się na zejście wgłąb pogrążonej w ciemności szczeliny (jeśli dobrze pamiętam to u Dantego ostatnie kręgi piekła też były lodową przepaścią). Po swojej stronie ma tylko rachunek prawdopodobieństwa, który mówi, że gdzieś tam może być droga na zewnątrz. Może, ale nie musi. Na wszelki wypadek alpinista nie wiąże na końcu liny supła – jeżeli okaże się za krótka, to przynajmniej wyśliźnie się z karabinka i resztę drogi człowiek pokona frunąc głową w dół. Na szczęście ostatecznie Simpson wydostaje się ze szczeliny i dociera do obozu. Ostatnie kilometry pokonując do taktu piosenki Boney M, której jego odwodniony i wycieńczony umysł nie potrafi przestać odtwarzać. Co brzmi trochę jakby jego ciało już zupełnie zrezygnowało z marnowania energii na wyższe funkcje intelektu i postanowiło uratować się na własną rękę i na własnych prymitywnych zasadach.