wojaczek (1999)

reż. Lech Majewski
scen. Lech Majewski, Maciej Melecki
wyst. Krzysztof Siwczyk, Andrzej Mastalerz, Dominika Ostałowska, Robert Gawliński

Pierwsze skojarzenie jakie miałem po ostatnim obejrzeniu to „Last Days” Van Santa, ale to jednak są zupełnie inne filmy. U Van Santa z tego co pamiętam można wyczytać totalną niezgodę na zrozumienie tamtej śmierci – ona do niczego nie pasuje, pojawia się znikąd, gość łazi sobie po lesie, jest fajnie, ma fajny dom, jakichś znajomych i nagle jeb. Koniec. Natomiast tutaj autodestrukcja sygnalizowana jest w zasadzie od pierwszej sceny, czyli od słynnego wyjścia przez okno i trzeba by Wojaczka posądzać o naprawdę wyszukaną pozę, żeby nie domyślać się jak skończy.

Facet, jeżeli akurat nie kombinuje jak się zabić, to w jakiś sposób protestuje przeciw rzeczywistości. Poza piciem i pisaniem, specyficznym elementem tego buntu jest przedrzeźnianie. Świata, ludzi, języka. Wojaczek cały czas pozuje, naśladuje, wykonuje teatralne gesty, deklamuje. Tak jakby chciał zostać krzywym lustrem, w którym odbije się głupota świata. Co nawiasem mówiąc też jest chyba pragnieniem autodestrukcyjnym.

Zdaje się, że Krzysztof Siwczyk zebrał za swoją rolę sporo pochwał. No i rzeczywiście – niesie ten film na plecach przez 1,5 h i ani na chwilę nie upuszcza. Jak na amatora-debiutanta niezły wyczyn. Tyle że oglądając ostatnio pomyślałem, że gra może trochę za bardzo na jedną nutę. Wszystkie deklamacje są mniej więcej w tym samym, patetycznym stylu – to samo popisy aktorskie. Brakuje przynajmniej odrobiny lekkości. Bez niej Wojaczek wychodzi po prostu na przeciętnego aktora.

A tak w ogóle to „Wojaczek” wcale nie jest o Wojaczku. Nie wiem w ilu dokładnie scenach pojawia się poeta, ale na pewno nie we wszystkich. Za to we wszystkich scenach pojawia się prowincjonalna Polska ad. ~1970. Beznadziejne uliczki, odrapane mury, mieszkania, bary mleczne, sklepy, ciągle gadające radio, transparenty ze sloganami, Teatr Sensacji „Kobra”, no i oczywiście zespół o tajemniczej nazwie „Sekret” (oficjalnie najśmieszniejsza kapela w dziejach kina). Wszechobecna nijakość. Ale w obiektywie Majewskiego ta nijakość staje się prawie sympatyczna. Może to efekt lekkiej karykatury, inspiracji czeską nową falą*, albo po prostu (nie)szczęśliwy przypadek, ale aż chciałbym tam zamieszkać. Tym bardziej, że w filmie jakoś specjalnie nie widać, że w pewnym momencie akcja z zadupia (Mikołowianie: nie oszukujcie się;)) przenosi się do Wrocławia, czyli jednak dużego miasta. Ale może w tamtych czasach to nie była taka wielka różnica.

* czy w ogóle istnieje portret wschodnioeuropejskiej małomiasteczkowej prowincji ad 1950/70, który nie wygląda jak czeska nowa fala?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s