# (głównie kiepskie) filmy które widziałem w przeciągu ostatnich kilku miesięcy

1. Dzień Szarańczy (Schlesinger, 1975). „Nocny kowboj” jest genialny, „Billy kłamca” przeciętny, „Sunday bloody sunday” w porządku, a „Maratończyka” nie pamiętam, mimo że oglądałem conajmniej 2 razy. „Darling” i „Sokół i Koka” czekają jeszcze w kolejce, ale już teraz coś czuję, że Schlesinger po prostu nie jest wielki. Wyszedł mu jeden film z Dustinem Hoffmanem i tyle – reszta to może i z reguły ambitne, ale z reguły nudnawe wytwory (czyli prawie przypadek Mike’a Nicholsa!). W „Dniu…” położył nawet całkiem fajną finałową sekwencję apokaliptyczną wstawiając do niej toporne obrazki głównego bohatera – tak na wypadek gdyby widownia nie zrozumiała. Wcześniej są marzenia, rozczarowania, hejterzenie na hollywood – znam lepsze filmy o tych samych rzeczach.

2. Lampart (Visconti, 1963). Visconti najpierw robił całkiem przyzwoity neorealizm, a potem zaczął robić campowe obrazki z życia wyższych sfer. Pamiętam jak jeszcze w liceum próbowałem obejrzeć „Portret rodzinny we wnętrzu” i zasnąłem. Może nie jest to najlepsza anegdota, ale filmy Viscontiego z tego drugiego okresu też nie są najlepsze.

3. Melancholia (von Trier, 2011). Film apokaliptyczny, w którym Ziemi nie udaje się w ostatniej chwili uratować marzył mi się już od dawna – może dlatego jestem odrobinę rozczarowany. Ale tylko odrobinę. Bo generalnie podobało mi się. Jestem nawet gotów wybaczyć drewniany wątek z hasłem reklamowym i zalatujące drewnem toasty weselne. W ostatniej scenie Melancholia nadlatuje zza pleców Kristen Dunst i to jest genialna ilustracja jej pragnienia, by Ziemia i życie (hipoteza jedynej Ziemii?) uległy zniszczeniu. Camus chyba coś o tym pisał w „Człowieku Zbuntowanym”…

4. Bamboozled (Lee, 2000). Szkoda tego filmu, bo zaczyna się całkiem nieźle (i to nie „jak na komedię problemową” tylko w ogóle), a potem leci na łeb na szyję, ręka noga mózg na ścianie.

5. Streetwise (Bell, 1984). „Moje własne Idaho”, ale bez Szekspira, pięknych chłopców, bajkowości i przede wszystkim bez fikcji. 13-latki kurwią się na ulicach (chyba) Seattle i marzą o normalnych rodzinach, willach, rolce royce’ach i diamentach, a ich rodzice jeżeli w ogóle są osiągalni to tylko w więzieniu, albo w kałuży rzygów. Po obejrzeniu takiego dokumentu człowiek powinien się załamać, ale niestety z jednej strony dystans czasowy, z drugiej geograficzny, z trzeciej obejrzało się w telewizji już za wiele strasznych rzeczy, z czwartej estetyka tragedii, itd… Przypomina mi się historia fotografa, który zrobił słynne zdjęcie głodującego dziecka z sępem w tle (Kevin Carter) i po jakimś czasie się zabił. Zachód skonsumował sobie za pośrednictwem zdjęcia trochę wzruszeń, ktoś może wysłał jakieś pieniądze, a klęska głodu w Afryce trwa. A dzieci dalej się kurwią. A pociąg jedzie dalej.

6.  Swingers (Liman, 1996). Mimo słabości do amerykańskiego kina niezależnego z lat 90 (właściwie w całości, a nie tylko spod znaku Smitha i Tarantino) debiut Limana jest dla mnie nie do przełknięcia. Za dużo klisz, słabych cytatów, nieudolnego kopiowania „mistrzów”Czyli niby to samo co w innych indie produkcjach, ale jednak tam zdarza się coś więcej – jakaś ujmująca naiwność, próby opisania wycinka życia, dla którego nie ma miejsca w mainstreamie, itd. A tutaj czerstwa kupa.

7. Szał (Hitchcock, 1972). Katastrofa. I to tym smutniejsza, że nie absolutna. B-movie z przebłyskami geniuszu, które tylko wyostrzają ogólne kiepskie wrażenie. Do 1972 w kinie zdarzyło się już za wiele rzeczy – giallo ma prawie 10 lat, rok wcześniej wyszła „Mechaniczna Pomarańcza”, za chwilę pojawi się „Głębokie Gardło”, itd. Właściwie jakby się zastanowić, to już „Ptaki” (1963) były trochę nie na czasie (wystarczy spojrzeć co robiło się wtedy w Europie), ale przynajmniej nie próbowały „nadążać”.

8. Night moves (Penn, 1975). Nawet nie neo-noir tylko najzwyczajniejszy noir i jako taki nawet całkiem niezły, ale jednak o kilkadziesiąt lat spóźniony. Brakuje tego czegoś poza ciekawą intrygą co ratuje dobre neo-noiry – może gdyby Penn bardziej skupił się na zmierzchu hipisizmu, albo powiedział coś nt. narkowojny. A tak zostaje zabawny cytat o „Mojej nocy z Maud”.

9. Nagie miasto (Dassin, 1948). Dla fanów komisarza Maigreta. Ja komisarza Maigreta nie lubię. Nie jest ani tak ponury, sarkastyczny i cool jak Phillip Marlowe, ani tak absurdalnie wszystkowiedzący i ekscentryczny jak detektywi brytyjscy. Krótko mówiąc ani ciepły ani zimny. Noir dla ubogich (duchem).

10. Harry twój prawdziwy przyjaciel (Moll, 2000). Nawet nie wiem po co to tu wrzuciłem. Tzn. wrzuciłem bo obejrzałem – czasem zdarza mi się obejrzeć film tylko dlatego, bo przeczytam na imdb że był w konkursie w Cannes. A potem zastanawiam się z jakiego drzewa oni biorą kryteria przyjęcia do konkursu.

11. Pokój syna (Moretti, 2001). Cannes chyba częściej niż inne festiwale bywa tym czym powinien być dobry festiwal filmowy – barometrem trendów, ręką na pulsie, relacją z pierwszej linii frontu… Krótko mówiąc jeżeli dzieje się coś ciekawego, to prawdopodobnie tam będzie. Ale z drugiej strony Cannes bywa też trybuną polityczną (Człowiek z żelaza, Farenheit 9/11), kółkiem wzajemnej adoracji i pewnie jeszcze kilkoma innymi rzeczami, i wtedy Złotą Palmę dostają takie filmy jak „Pokój Syna”.

12. Kod nieśmiertelności (Jones, 2011). A co z gościem, którego ciało przejął Jake Gyllenhall? Dla niego nie było happy endu.

13. Hamlet robi interesy (Kaurismaki, 1987). Gra aktorska nie istnieje, reżyser się nie przemęcza, zdjęcia mógłby robić absolwent technikum budowlanego z 2-tygodniowym kursem włączania kamery. I o to chodzi. Czego prawdziwym fanom (tudzież piewcom postironii) chyba nie muszę tłumaczyć. Kiedyś w tv widziałem wywiad, w którym mistrz stwierdził, że jedyny powód dla którego jego dzieła robią jakąkolwiek karierę jest globalny spadek jakości produkowanych współcześnie filmów. Czyli że jego stylistykę niskiej jakości możnaby odczytywać jako komentarz do ogólnego upadku sztuki filmowej? Nie wiem. Nieważne. W każdym razie w „Hamlecie…” wyczuwam kpinę ze sztuki jako takiej – z Szekspira, z pretensji artystycznych kina. I to taką kpinę, która nie proponuje nic w zamian, bo rozrywki u Kaurismakiego raczej niewiele*, pochylenia nad człowiekiem, przynajmniej moim zdaniem, jak na lekarstwo, a lewicowości (o którą coponiektórzy fińskiego Wajdę skłonni są posądzać) to już w ogóle ni huhu. A mimo to większość tych filmów ma dziwnie optymistyczny wydźwięk. Tak jakby jakiś frasobliwy budda głosił przez nie radosne przesłanie, że ostatecznie kogo to właściwie wszystko obchodzi?

* co do tego braku rozrywki to może trochę przesadziłem – w pewnym momencie w filmach Kaurismakiego zaczynają śmieszyć coraz dziwniejsze rzeczy. Np. w „Hamlecie…” nie wiem dlaczego rozśmieszyło mnie, że główny bohater wybierając się do Anglii pakuje do walizki m.in. zapakowaną próżniowo kiełbasę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s