#docudrama

1. 127 godzin (Boyle, 2010). Boyle chyba trochę wystraszył się potencjalnego minimalizmu historii, która przez 90% czasu rozgrywa się w niewielkiej i mało efektownej szczelinie skalnej zaludnionej przez jedną unieruchomiona i odciętą od świata postać. Dlatego jego najnowsze dziełko cierpi momentami na inflację środków wyrazu – wspomnienia, halucynacje, przeskakiwanie między rodzajami taśm, montaż przy którym „Chungking Express” wygląda jak „Satantango”… Wszystko byleby widz ani przez chwilę się nudził. No i rzeczywiście – nie nudzi się. Ale co z tego, skoro w imię rozrywki poświęcony zostaje autentyczny dramat bezradności i konfrontacji ze śmiercią? A moment wybawienia bohatera i związana z nim przemiana duchowa pojawiają się ex machina w postaci cukierkowej halucynacji? Obawiam się, że nici. Niemniej Boylowi należy się plus na zachętę za to, że mimo wszystko nie spoczywa na laurach, podejmuje się w jakimśtam sensie odważnych projektów i wciąż idzie w tym swoim Boylowym kierunku badania granic człowieczeństwa.

2. Fair Game (Liman, 2010). Mimo niewczesności tematu (administracja Busha sfałszowała dowody na program atomowy Sadama? serio serio?) twórcom udaje się przez jakiś czas pożerować na uzadnionym wkurwie międzynarodowej siatki pacyfistycznych wykształciuchów. Ale po zdobyciu (przynajmniej mojego) serca i umysłu nie bardzo wiedzą co dalej robić i zupełnie bez sensu pakują się w dramat rodzinny, żeby zaraz potem zakończyć odą na cześć demokracji, społeczeństwa obywatelskiego i tego typu bajek. Śmiech na sali.

3. Touching the void (MacDonald, 2003). Zajebista świecka historia o nie-cudownym ocaleniu. Bije „127 godzin” na głowę pod każdym względem, poczynając od poziomu autorefleksji Joe Simpsona, przez rozmiar koszmaru, a na wysiłku jaki musiał zostać włożony w przeżycie kończąc*. Jest coś niesamowitego w momencie kiedy Simpson właściwie pogodziwszy się już ze śmiercią decyduje się na zejście wgłąb pogrążonej w ciemności szczeliny (jeśli dobrze pamiętam to u Dantego ostatnie kręgi piekła też były lodową przepaścią). Po swojej stronie ma tylko rachunek prawdopodobieństwa, który mówi, że gdzieś tam może być droga na zewnątrz. Może, ale nie musi. Na wszelki wypadek alpinista nie wiąże na końcu liny supła – jeżeli okaże się za krótka, to przynajmniej wyśliźnie się z karabinka i resztę drogi człowiek pokona frunąc głową w dół. Na szczęście ostatecznie Simpson wydostaje się ze szczeliny i dociera do obozu. Ostatnie kilometry pokonując do taktu piosenki Boney M, której jego odwodniony i wycieńczony umysł nie potrafi przestać odtwarzać. Co brzmi trochę jakby jego ciało już zupełnie zrezygnowało z marnowania energii na wyższe funkcje intelektu i postanowiło uratować się na własną rękę i na własnych prymitywnych zasadach.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s