#święta

1. Jackie Brown (Tarantino, 1996). Kwintesencja cool. Może dlatego tak trudno mi się przejąć losami głównej bohaterki? A może dlatego, że oglądając pierwszy raz zbytnio się skupiłem na kombinowaniu o co właściwie chodzi i kto kogo nabiera, a potem już wiedziałem, że Pam Grier i tak wygra? A może Tarantino nie potrafi pisać „utożsamialnych” bohaterów? Nieważne. JB i tak można oglądać wkółko. Między innymi dla sposobu w jaki QT przemyca kiepskość współczesnej Ameryki (Girls with Guns, De Niro – oferma, ale też dobór statystów – np. kasjerka ze zdjęcia) – mimochodem, ale konsekwentnie, nieomalże ocierając się o sztukę. Taką z muzeum w sensie.

2. Enter the Void (Noe, 2010). Zarzuty o intelektualny i fabularny banał słuszne, ale coś za coś, przy takim stężeniu eksperymentów ambitniejszy materiał byłby raczej nie do ogarnięcia. Poza tym w EtV najważniejsze są właśnie wizualne fajerwerki. Dziwaczne ustawienia kamery, efekty świetlne, fluorescencja, haluny… Tokio nocą. Właściwie to ciemna-strona-Tokio nocą, bo Noe jak to Noe, zwiedza głównie burdele, meliny, zaszczane zaułki, podejrzane kluby o wiele mówiących nazwach, ciasne mieszkanka, gdzie rozgrywają się rodzinne dramaty i takie, w których pozytywnie zakręceni ludzie budują fluorescencyjne modele całego miasta. Po prostu miód. Noe podobno myślał o tym filmie i planował go od kilkunastu lat – EtV powinno więc być pretensjonalne, przeładowane, niespójne i bezsensu… Na szczęście jest tylko pretensjonalne. I to w bardzo niewielkim stopniu. Co w przypadku 3 godzin mierzenia się z miłością, śmiercią i… reinkarnacją (:-O) jest chyba i tak sporym osiągnięciem. Z punktu widzenia fabuły najciekawsze jest pierwsze 1/2h, w trakcie których można się nawet dopatrzeć motywu anioła śmierci, który przychodzi po bohatera i zabiera go na tamtą stronę (a w międzyczasie daje wykład nt. megaegzotycznych psychotropów). Dalej zdarzają się dłużyzny, przez moment pojawia się nawet groźba wątku antyaborcyjnego, a całość przypomina mi trochę świąteczną historyjkę na temat co by było gdybym umarł w stylu „It’s a Wonderful life” (ewentualnie adaptację pogańskiego-przesądu/psychoanalitycznej-metafory, że umarli pozostają przy nas jako duchy), no ale qrde, coś za coś, za darmo w głowie martwego narkomana mieszkającego w Tokio nie posiedzisz.

3. Ladies and Gentlemen, the Fabulous Stains (Adler, 1981). Od momentu, w którym Adler skręca w stronę satyry na masmedia i moralitetu o ulotności sławy robi się trochę mniej ciekawie, ale nic nieszkodzi, to tylko ostatnie ~30 minut. Wcześniej jest całkiem sympatyczna opowieść o outsiderstwie, marzeniach, ucieczce z prowincji i o tym że outsiderstwo , marzenia i pochodzenie z prowincji nie wystarczą, żeby (nawet po trudach) osiągnąć sukces. Taka anty-klisza. Najlepiej to „anty-” widać w scenie, w której dziewczyny grają swój pierwszy support i nagle wyłazi na wierzch ich totalny brak talentu/warsztatu/umiejętności – po prosu klęska – i to wcale nie w konwencji komediowej a’la „Spinal Tap”. Dalej jest kilka fajnych piosenek, cudownie zblazowana 15-letnia Diane Lane, 15-letni Ray Winstone, Paul Simonon i Steve Jones w rolach 2-planowych i nowoholyłódzka aura. Wystarczy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s