american psycho (2000)

reż. Mary Harron
scen. Mary Harron
wyst. Christian Bale, Justin Theroux, Reese Witherspoon, Jared Leto, Willem Dafoe, Chloe Sevigny

Wall Street lat 80 stała się ostatnio dyżurnym chłopcem do bicia – według oficjalnej wersji (ad 2010) to tam liberalny kapitalizm osiągnął swoje maksimum i jednocześnie najbardziej zwyrodniałą i żenującą formę – chciwość, kokaina, wyścig szczurów, hiperelityzm, power dressing – znamy to, widzieliśmy w telewizji, czytaliśmy w książkach, itd. I nawet jeżeli ten stereotyp nie jest całą prawdą (albo niedajboże jest prawdą wzbogaconą), to wolę go od tych mdłych „realistycznych” prób w stylu „Pracującej Dziewczyny” Nicholsa, albo rzeczy o gościu, który kiedy już w końcu zostaje yuppie to nagle zaczyna mieć ciężko, aż w końcu odpokutowuje romans z korpoświatem współpracując z FBI („Wall Street”, „Firma”).

AP to chyba najgenialniejsza na świecie realizacja stereotypu yuppie ad 80. Powodów mógłbym przytoczyć wiele, ale najniesamowitsze jest to, że przynajmniej kilka elementów, które mogłyby film Harron spokojnie pogrążyć, paradoksalnie działają na jego korzyść. Przede wszystkim chodzi mi o przewijającą się we wszystkich monologach Patricka (i dialogach w sumie też) afirmację konformizmu, brandingu, elitaryzmu i wszystkich tych złych rzeczy (kiepskiej muzyki), która bardzo łatwo mogła wypaść kiczowato (albo niedajboże tak ironicznie, że aż słabo), a nie wypada. Scena z wizytówkami jest tego najlepszym przykładem. Coś co na papierze było prawdopodobnie toporną kpiną z japiszońskiej fetyszyzacji najgłupszych symboli statusu, na ekranie prezentuje się dowcipnie i świeżo… a może nawet sympatycznie, bo raz że jest w tym jakaś dziecinna naiwność, a dwa że Patrick w sumie przegrywa to starcie i to jest w sumie jakby smutne. Co dalej… Wyalienowane monologi Patricka („Nazywam się Patrick Bateman. Mam 27 lat. Dbam o siebie.”) to copypasta z antykonsumpcjonizmu ad 1980, wtórne są też nadinterpretacje ejtisowych szlagierów (anty-QT), no a cały pomysł yuppie tracącym kontakt z rzeczywistością brzmi w najlepszym razie jak podczepianie się pod sukces Fight Clubu (1999), a w najgorszym jak zbrodnia przeciw ludzkości.

Na szczęście duet Harron/Bale klisze stosują po mistrzowsku, a w dodatku doprawiają je genialną literaturą Eastona Ellisa, ironią (Bateman uznający, że Paul Allen słusznie pomylił go z Halberstramem, bo noszą garnitury i okulary tej samej marki) i dowcipem. Bo Patrick Bateman poza tym, że jest pierdolniętym/zagubionym psychopatą, jest też całkiem dowcipnym facetem.

Mógłbym zakończyć pytaniem czyż AP nie jest dzisiaj bardziej aktualny niż kiedykolwiek wcześniej, czyż nie daje się czytać jako satyra na społeczeństwo takie jak nasze, w którym chcąc dotrzymać kroku innym przy okazji pakujemy się w całe to kapitalistyczne błędne koło statusów, stanowisk, samooceny i sukcesu, ale na szczęście mam coś lepszego. Ostatnio zauważyłem zaczepisty dowcip w zakończeniu. W ostatniej scenie Bateman konforntuje swojego adwokata przypominając mu swoje wyznanie z poprzedniej nocy, na co adwokat mówi oczywiście, że spotkał Allena w Londynie. Tyle że według adwokata Bateman nie jest Batemanem tylko Davisem. Może to znaczyć, że adwokat (jak wiele innych postaci w filmie) nie odróżnia jednych yuppie od drugich – ale może też znaczyć, że Bateman jest faktycznie Davisem i po prostu sam myli się co do swojej tożsamości. Gdyby dało się udowodnić taką teorię, to AP byłby jeszcze bardziej genialny niż jest.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s