#elio petri

1. Klasa robotnicza idzie do raju (1971). Neomarxism: The Movie. Historia strajku w pewnej włoskiej fabryce z perspektywy stachanowca. Facet zaczyna od bezrefleksyjnego wypracowywania zawyżanych norm, ale kiedy maszyna ucina mu palec przesuwa się w stronę obozu związkowców, potem jest strajk, zamieszanie, jakieś prywatne wątki i powrót do fabryki po minimalnych ustępstwach ze strony zarządu. Petri upchnął do swojego dzieła chyba wszystkie tezy, problemy i stanowiska powojennego marksizmu i mimo że film nie popada przez to w drewniany akademizm, to jednak unosi się nad nim duch (nowoczesnego) agitpropu, który po prostu zamiast zaliczania kolejnych punktów wykładu stawia na bohatera, pogłębiającą się frustrację, różne formy upokorzenia, itd. Ale samo „uczłowieczenie” wykładu nie wystarczy. Tym co sprawia, że „Klasę robotniczą…” da się oglądać momentami nawet z przyjemnością są elementy komediowe – od będącej czymś w rodzaju ironicznego komentarza do akcji mechaniczno-pompatycznej muzyki Morricone, przez parodie epickich sekwencji (np. codzienna droga robotników od bramy do fabryki) i pomnożenie plag spadających na bohatera (fatalne warunki w pracy, frustracja seksualna, wychowywanie cudzego dziecka, itd), po przerysowaną rolę Volonte jako szczerego prostaczka, który nijak nie może zrozumieć dlaczego jego życie jest tak beznadziejne.

2. Śledztwo w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem (1970). Petri robi wszystko, żeby wyszedł mu toporny paszkwil na policję (i w ogóle władzę), ale ponieważ jest taki utalentowany i ma taką utalentowaną ekipę, to wychodzi mu bardzo przyzwoita antyautorytarna groteska. Volonte gra inspektora policji, który po zabiciu swojej kochanki zaczyna umyślnie zostawiać ślady wskazujące na niego jako sprawcę. [spoiler] Początkowo wydaje się, że realizuje jakiś misterny plan „zbrodni doskonałej” w stylu hitchcockowskiego „M jak Mordesrtwo”, ale z upływem czasu jego poczynania stają się coraz bardziej chaotyczne i w końcu zamiast geniusza zbrodni dostajemy bezczelnego dorosłego chłopca, który zaplątał się w historię, która trochę go przerasta. Petri chciał chyba tym filmem upiec dwie pieczenie na jednym ruszcie – skrytykować tendencję władzy do stawiania się ponad prawem i jednocześnie obśmiać jej funkcjonariuszy jako niedorozwiniętych emocjonalnie sadystów, wazeliniarzy, etc. Niestety wydaje mi się, że zapomniał o sławnym hitchcockowskim (roskolnikowskim?) mechanizmie kibicowania przestępcy – główny bohater który łamie prawo i próbuje uniknąć odpowiedzialności w 9 przypadkach na 10 będzie miał widownię po swojej stronie. A już szczególnie, kiedy gra się go z takim przegięciem i przytupem jak Volonte w „Śledztwie…”.

3. Dziesiąta ofiara (1965). Jak widać na obrazku jedyne co w „10tej ofierze” jest godne uwagi to kompozycja kolorystyczna kadrów i aryjski Mastroianni. Ursula Andress pokazuje trochę ciała, w tle przygrywa pop-jazzowa kapela, a idea przewodnia filmu jest tak idiotyczna, że dla niektórych pewnie aż genialna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s