znikający punkt / vanishing point (1971)

reż. Richard C. Sarafian
scen. Guillermo Cabrera Infante
wyst. Barry Newman, Cleavon Little

Ciężko w to uwierzyć, ale w latach 70ych „hollywoodzkie zakończenie” wcale nie oznaczało happy endu, tylko wręcz przeciwnie – smęt end (próbowałem stworzyć coś bardziej chwytliwego niż „pesymistyczne zakończenie” – chyba się udało. tak czy inaczej przybijam sobie piątkę) – nikt się wtedy nie dziwił jeżeli główny bohater/ka ginął, albo przegrywał, albo stawał się szwarccharakterem, albo co prawda ostatecznie wygrywał, ale wniosek na temat ogólnego stanu świata był i tak przygnębiający, albo (itd)*. To była norma, tak się wtedy robiło kino, tego chciała publika…

Ta ostatnia teza jest może trochę ryzykowna, ktoś mógłby przecież powiedzieć, że publika po prostu bierze to co daje jej przemysł rozrywkowy (czyt. ludzie to cielęta, które kupią byle szajs) – ja natomiast mówię, że dołujące filmy dają (nie)autentyczne uczucie uczestniczenia w czymś ważnym, wymagającym wysiłku intelektualnego, wzbogacającym duchowo, itd; krótko mówiąc obcując z ekranową depresją staję się we własnych oczach inteligentnym, wrażliwym i ogólnie fajnym facetem. A jeżeli czary działają na mnie, to dlaczego nie miałyby działać na ileśtam milionów Amerykanów w latach 70? Tym bardziej, że w odnośnej dekadzie w powietrzu na pewno unosiły się jeszcze post-rewolucyjne (68!!!) opary buntu, a nic nie jest bardziej antyestabliszmentowe od pójścia do kina na film bez happy endu**.

I tak, trochę okrężną drogą, dochodzimy do  Znikającego Punktu (do znikającego punktu można dojść tylko okrężną drogą), [spoiler] który będąc zupełnie fajnym filmem o pościgach samochodowych jest też czymś w rodzaju naiwnego hołdu złożonego ideałom pesymistycznego kina dołującej dekady. Naiwnego dlatego, bo w imię zasad poświęca m.in. spójność fabularną. Dlaczego Kowalski ucieka przed policją, dlaczego nie zatrzymuje się do kontroli, dlaczego tak mu się spieszy do Frisco, dlaczego koleś z radia go zna, dlaczego tyle o nim wie, dlaczego na końcu Kowalski wjeżdża w spychacze? Zero logiki, ewidentne triki. Wisienką na torcie jest oczywiście końcówka, którą można rozpatrywać chyba wyłącznie w kategoriach wtf. Ale kiedy umieści się to wszystko w kontekście zmęczonych lat 70 to nagle zaczyna mieć sens. Albo przynajmniej 1/2 sensu. Bo z jednej strony Znikający Punkt jest oczywiście hołdem, ale równie dobrze można go oglądać jako warholowską kpinę, dzięki czemu staje się jeszcze zabawniejszy niż poprzednio. Po prostu nie ma to jak ironiczne drugie dno.

* oficjalna wersja narodzin mody na pesymizm jest taka, że zapoczątkowały ją nowohollywoodzkie hity „Bonnie i Clyde” i „Easy Rider”, a potem podłapali ją producenci wielkich studiów. Ok, ale jak się spojrzy na listy filmowych przebojów 1967-1970, to zakończenia w najlepszym wypadku dwuznaczne są właściwie normą – Absolwent (wiem wiem – Ben ratuje Elaine, bla bla. ale potem siedzą w autobusie i jest wyraźny moment „i co dalej?”), Parszywa Dwunastka, Odyseja Kosmiczna (w 2010 okazuje się że Dave został głosem kosmosu(?), ale w 2001 ogólne wrażenie jest raczej niepocieszające), Butch Cassidy i Sundance Kid (słynna ostatnia stopklatka), Nocny Kowboj, w pewnym sensie Bullitt, itd. coś wisiało w powietrzu.

** natomiast filmem, który modę na pesymizm zabił jest podobno (fanfary) „Rocky”. przy czym warto w tym miejscu zauważyć, że według dzisiejszych standardów historia o bokserze z filadelfii kończy się tzw. „trudnym happy endem”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s