w pogoni za amy / chasing amy (1997)

reż. Kevin Smith
scen. Kevin Smith
wyst. Ben Affleck, Joey Lauren Adams, Jason Lee

Za każdym razem, kiedy oglądam „arcydzieło” Smitha* zastanawiam się jak to jest, że da się je w ogóle oglądać? W sensie: że da się je oglądać bez miażdżącego uczucia zażenowania. Bo przecież, obiektywnie patrząc, WPZA jest prawie pod każdym względem złe. [spoiler] O centralnym morale, że lesbijka to babka, która po prostu nie znalazła odpowiedniego faceta nawet nie wspominam, zamiast tego weźmy zawiązanie wątku miłosnego: 30-letni facet zakochuje się od pierwszego wejrzenia** w lasce o najbardziej irytującym głosie (i w ogóle sposobie bycia) w dziejach kinematografii; wszystko wskazuje na to, że ona też jest zainteresowana, ale nagle okazuje się, że jest lesbijką (czyli była nim zainteresowana tylko platonicznie…?), więc on ucieka, ale wtedy ona do niego przychodzi i mówi, że bardzo chce, żeby byli przyjaciółmi, na co on mówi spox, bo… jest podróżującą w czasie i przestrzeni (i pomiędzy płaszczyznami bytu) postacią z kiepskiego dramatu romantycznego? Oczywiście dalej wcale nie jest lepiej, ale na szczególną uwagę zasługują m.in. muzyczna sekwencja z radosnymi chwilami Holdena i Alyssy; scena (zdaje się, że nawet deszczowa) histerycznego wyznania Alyssy, że Holden jest jej jedynym, wyśnionym i wymarzonym i tym na którego czekała; ckliwy moralitet Cichego Boba; pomysł Holdena (faceta który od pierwszych minut kreaowany jest na człowieka inteligentnego), że jedynym sposobem na wyjście z romantyczno-kumplowskiego impasu jest trójkącik; i, żeby nie przedłużać listy, końcowa sekwencja z „trudny happy-endem” (profanacja końcówki Annie Hall).

Tyle tytułem „obiektywnych” wad. A teraz niespodzianka. Film, jako całość, jest fajny. Nie wiem czy bardziej za sprawą aury jaką roztacza Smith (na dowcipach o pierdzeniu można wjechać do historii kina!), czy tych kilku niezłych scen, które jednak gdzieś tam są, czy 2-planowych postaci (Banky Edwards! Hooper X!), czy pre-milenijnej, grunge’owej niewinności… Ale jest. I chuj. Nawet od biedy można się w nim dopatrzeć kilku fajnych środowiskowych obserwacji („Another one bites the dust”), dzięki którym Amy na chwilę wychodzi poza filmcollegową indie-poetykę i staje się czymś trochę poważniejszym (czym, sądząc z pojawiających raz po raz egzaltowanych monologów, bardzo chciałaby być).

* z tego co wiem w poważnych kręgach bardzo popularny jest pogląd, że Amy to najwybitniejsze dzieło grubasa (film, którym spełnił pokładane w nim nadzieje; pierwszy bromance; najbardziej niekonwencjonalna komedia romantyczna od czasów Annie Hall) i jednocześnie jego ostatnia przyzwoita produkcja

** co prawda pojawia się sugestia, że czytał jej komiks, ale chyba gdyby rzeczywiście go czytał, to domyśliłby się że jest lesbijką (tak jak każdy kto obejrzał Drugstore Cowboy i Moje własne Idaho powinien się domyślić, że Gus lubi chłopaków)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s