narkomani / panic in needle park (1971)

reż. Jerry Schatzberg
scen. Joan Didion, John Dunne
wyst. Al Pacino, Kitty Winn, Raul Julia

Uwielbiam amerykańskie kino społeczne lat 70. Serce roście na myśl o tych wszystkich chłopakach i dziewczynach z dobrych domów, którzy przebudowę świata chcieli zacząć od przemiany kina i zaczęli robić filmy o ulicy, brudzie, nocy, dziwkach (męskich), narkomanach, weteranach z Wietnamu, taksówkarzach… Udało im się przebudować świat, czy im się nie udało? C*** wie. Mędrcy są w tej kwestii podzieleni. Ważne, że w efekcie powstało ileśtam fajnych filmów, a wśród nich debiut Ala „Say hello to my little friend” Pacino (ludzie mówią, że widać jeszcze manierę teatralną – chyba nie oglądali filmów z Bogusiem Lindą). Narkomani.

Fabuła szczątkowa. Poznają się. On grzeje, ona na początku nie, ale spokojnie, poczekajmy, za chwilę oboje stoczą się na dno. Ważniejsze od akcji są okoliczności, atmosfera, dialogi, epizody, pierdoły – wszystkie te rzeczy, które zwykle znikają na drugim planie. Na przykład: bohaterowie poznają się dokładnie w momencie kiedy Kitty traci dziecko (poronienie?), więc pierwszą (prawie komediową) scenę romantyczną Schatzenberg ustawia gdzie? W depresyjnej sali pooperacyjnej, na jakimś smutnym oddziale ginekologicznym. Takich perełek jest więcej (m.in. scena, w której do prostytuującej się Kitty przychodzi Bud Cort!) – depresja przełamana komedią, a potem komedia przełamana depresją (i to bez podrabiania Czeskiej Szkoły!).

Niewykluczone, że ta cała zabawa w przełamywanie to taki sposób Schatzbenberga na ucieczkę przed mitologizacją narkomanii, co w pewnym sensie nawet mu się udało*. Głównie dzięki etnologicznemu dystansowi z jakim podszedł do dokumentowanie narkotykowego dna i jego… nijakości. W „Narkomanach” wszystko jest średnie. Odloty – katatoniczne. Dawanie dupy – poniżające, ale nie jakoś strasznie. Zdrada – mówi się trudno. Poza tym ciągle trzeba kogoś szukać, gadać z policją, wszędzie kręcą się jacyś zamuleni ludzie, nieślubne dzieci itd.

Wisienką na torcie jest ostatnia scena. Skrajne przeciwieństwo estetyki braci Dardenne. U nich na końcu zawsze jest głęboko ludzki moment wybaczenia. W PINP Pacino wychodzi z wiezienia po tym jak Kitty Winn podkablowała go policji (długa historia, w każdym razie nie miała wyjścia). Kitty czeka na zewnątrz. Idą szarą ulicą, milczenie, Kitty kilka kroków za nim, Al odwraca sie do niej i mówi „No co?”. Kitty podgania. I koniec

* piszę „w pewnym sensie”, bo w 1971 nie mógł jeszcze przewidzieć, że gruboziarnista stylistyka cinema verite a’la nouvelle hollywood sama po jakimś czasie stanie się czymś w rodzaju mitu

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s